Historia lubi wielkie narracje: rewolucje, armie, przełomowe bitwy. Rzadziej mówi się o tym, że jeden z największych przewrotów politycznych XX wieku zaczął się od dyscyplinarnego zwolnienia suwnicowej z gdańskiej stoczni na pięć miesięcy przed jej emeryturą. Ale właśnie tak to wyglądało - i właśnie dlatego jest tak fascynujące.
Iskra, której nikt nie zaplanował
7 sierpnia 1980 roku Anna Walentynowicz, wieloletnia pracownica Stoczni Gdańskiej im. Lenina, odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi, została zwolniona z pracy za działalność opozycyjną. Władze PRL uznały to za rutynową decyzję kadrową. W ciągu tygodnia okazało się, że był to jeden z największych błędów politycznych w historii komunistycznej Polski.
Bogdan Borusewicz - organizator Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża - zaplanował strajk w obronie Walentynowicz. 14 sierpnia 1980 roku o świcie trzej młodzi robotnicy: Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński wywołali akcję strajkową na wydziałach K-1, K-3 i C-5 stoczni. Kilka godzin później przez ogrodzenie przeskoczył Lech Wałęsa - zwolniony ze stoczni cztery lata wcześniej - i stanął na czele protestu.
To, co wydarzyło się w Stoczni Gdańskiej, było podręcznikowym przykładem oddolnej samoorganizacji - bez centralnego dowodzenia, bez budżetu, bez infrastruktury. Tylko ludzie, którzy zdecydowali się działać razem. Ta umiejętność budowania struktur od zera wrosła w polską kulturę organizacyjną na tyle głęboko, że widać ją do dziś - od startupów technologicznych po kasyno online polska branżę, która wyrosła szybciej i sprawniej niż w niejednym bogatszym kraju zachodnim.
Władze spróbowały ugasić pożar pieniędzmi. 16 sierpnia dyrektor stoczni Klemens Gniech obiecał podwyżki, przywrócenie do pracy Walentynowicz i Wałęsy. Część robotników uznała, że to wystarczy. Strajk miał się skończyć. I tu wydarzyło się coś kluczowego: delegaci z innych zakładów, którzy przyszli po wsparcie, usłyszeli, że stocznia kończy protest. Zostali - i przekonali strajkujących do kontynuowania w imię solidarności z pozostałymi. Stąd nazwa, która obiegła świat.
17 dni, które zmieniły Europę

Nocą z 16 na 17 sierpnia powołano Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Na dwóch drewnianych tablicach zawieszonych nad Bramą nr 2 stoczni wypisano 21 postulatów - na czele stało żądanie powołania wolnych związków zawodowych, niezależnych od partii. W niedzielę 17 sierpnia ksiądz Henryk Jankowski odprawił w stoczni mszę, w której uczestniczyło kilka tysięcy osób. Nad bramą zawisł obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i portret Jana Pawła II - papieża, który rok wcześniej odwiedził Polskę i którego słowa o godności i wolności wciąż brzmiały w uszach milionów Polaków.
Tymczasem strajk rozlewał się po całym kraju jak woda. W szczytowym momencie strajkowało około 700 zakładów pracy i 700 000 osób. Władze odcięły Gdańsk od sieci telefonicznej - ale nie mogły zatrzymać ludzi, którzy fizycznie jeździli między zakładami, przekazując informacje. Komunistyczna machina kontroli informacji okazała się bezsilna wobec staromodnej, ludzkiej sieci kontaktów.
21 sierpnia do Gdańska przybył wicepremier Mieczysław Jagielski. Negocjacje trwały dziesięć dni. Jeszcze kilka godzin przed podpisaniem porozumienia wszystko wisiało na włosku - strajkujący żądali natychmiastowego zwolnienia aresztowanych działaczy opozycji, w tym Jacka Kuronia. Jagielski publicznie zagwarantował ich uwolnienie następnego dnia. 31 sierpnia 1980 roku o godzinie 16 podpisano Porozumienia Gdańskie.
Polska stała się pierwszym krajem bloku wschodniego, w którym komunistyczna władza zgodziła się na istnienie niezależnych związków zawodowych. W innych krajach satelickich protesty były tłumione czołgami - w Budapeszcie w 1956, w Pradze w 1968. W Gdańsku w 1980 roku władza ustąpiła. I to zmieniło wszystko.
Solidarność w liczbach - i dlaczego te liczby robią wrażenie
10 listopada 1980 roku Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ "Solidarność". To, co nastąpiło potem, nie miało precedensu w historii państw totalitarnych:
- W ciągu kilku miesięcy do Solidarności przystąpiło niemal 10 milionów osób - 80% wszystkich pracowników państwowych
- Organizacje związkowe powstały we wszystkich przedsiębiorstwach i instytucjach w Polsce
- Był to największy niezależny ruch społeczny w historii bloku wschodniego
Dla porównania: Polska miała wówczas około 35 milionów mieszkańców. Jeden na trzech Polak był członkiem ruchu, który oficjalnie działał w granicach systemu, a w praktyce go podważał każdym swoim istnieniem.
Stan wojenny - i dlaczego to nie był koniec
13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Solidarność została zawieszona, jej liderzy internowani, działalność związkowa zdelegalizowana. Wydawało się, że sierpień 1980 roku był tylko chwilowym wyłomem.
Nie był. Przez całe lata 80. Solidarność działała w podziemiu - wydawała niezależną prasę, organizowała struktury, utrzymywała kontakty z Zachodem. CIA i Watykan wspierały ruch finansowo i logistycznie - skala tej pomocy jest do dziś częściowo utajniona, ale szacuje się, że tylko w pierwszych latach po stanie wojennym ruch otrzymał kilkadziesiąt milionów dolarów w sprzęcie drukarskim, papierze i funduszach operacyjnych.
W 1989 roku przy Okrągłym Stole komunistyczna władza i Solidarność negocjowały warunki przejścia do demokracji. Solidarność została ponownie zarejestrowana w kwietniu 1989 roku. W czerwcowych wyborach zdobyła 99 na 100 mandatów w Senacie i wszystkie możliwe mandaty w Sejmie. We wrześniu 1989 roku Tadeusz Mazowiecki został pierwszym niekomunistycznym premierem w bloku wschodnim od czterdziestu lat.
Co to wszystko mówi o Gdańsku
Gdańsk nie zmienił historii przez przypadek. Miasto miało szczególną tradycję oporu - pamięć krwawo stłumionego protestu robotniczego z grudnia 1970 roku była żywa. Miało infrastrukturę opozycyjną w postaci Wolnych Związków Zawodowych. Miało port - a port oznaczał kontakt ze światem, z ideami, z ludźmi, którzy widzieli, jak może wyglądać inne życie.
Ale przede wszystkim miało Annę Walentynowicz, Bogdana Borusewicza, Lecha Wałęsę i kilku robotników, którzy pewnego sierpniowego poranka zdecydowali się nie wychodzić ze stoczni na ulicę - bo pamiętali, co stało się z tymi, którzy wyszli w 1970 roku - i zamiast tego zamknęli się w środku i zaczekali. Ta jedna decyzja taktyczna sprawiła, że historia potoczyła się inaczej.
